Płaczące dziecko

Dlaczego nie warto krzyczeć na swoje dzieci?

Nie lubię podnosić głosu i krzyczeć na własne dzieci. Jednak nie ukrywam, że zdarzało mi się użyć tej swojej “mocy” i od czasu do czasu dobitniej przedstawić swoje racje. Na szczęście wiem, że nie warto posługiwać się tą bronią bo wnosi ona wiele złego do naszych relacji, a serduszka moich dzieci robią się wtedy malutkie i wystraszone. Dlatego nieustannie szukam nowych sposobów na rozwiązywanie rodzinnych konfliktów i ujarzmienie emocji, które w nas wszystkich drzemią. A krzyk pozostawiam dla tych, co lubią oglądać mroczne horrory. Z mojego domu już dawno się go pozbyłam…

Czy nam rodzicom wolno krzyczeć na własne dzieci?

Pewnie, że każdy wychowuje swoje dzieci tak jak mu się podoba i najchętniej, żeby nikt się w to nie wtrącał. Ale hola hola! Czy na prawdę możemy robić, co nam się podoba tylko dlatego, że dzieci posiadają nasze geny, wyszły z naszego brzucha i mieszkają z nami na tych kilkudziesięciu metrach?

Chyba, jako rodzice nie posiadamy prawa do tego, aby fundować tym bezbronnym istotkom dzieciństwa pełnego smutku, złości i krzyków. Myślę, że każdy może wybrać własną ścieżkę, którą będzie podążał wychowując swoje potomstwo. Jednak warunkiem powinno być to, że bonusami w tej wyprawie będzie szczęście i uśmiech dziecka. Ale do tego potrzeba nie tylko miłości, ale również szacunku i wzajemnego zrozumienia.

Niestety krzyk, to nie jest taka błahostka, która zaraz pójdzie w niepamięć. Każdy ma prawo się zdenerwować i złościć, nawet na własne dziecko. Ale ten nasz krzyk często, jest oznaką naszej niemocy, bezradności i sposobem na rozładowanie buzujących w nas emocji. Niczemu niewinne dziecko obrywa od rodzica, tylko dlatego, że potknęło się o zabawkę i wylało soczek na podłogę. Bo przecież takich sytuacji, które wyprowadzają nas z równowagi są setki dziennie. Szczególnie wtedy, gdy to nie jest dla nas łaskawy dzień.

Bycie mamą, to nie bułka z masłem... Ale kocham, szanuję i nie muszę krzyczeć...

Jak każda mama nie jeden raz w ciągu dnia tracę cierpliwość do swoich dzieci i mam ochotę ze złości trzasnąć drzwiami, albo chociaż krzykiem pokazać “Kto tu RZĄDZI!”. Bycie mamą dwójki maluchów z różnicą 2 lat, to dla mnie nie lada wyzwanie. Wychowywanie dociekliwego trzylatka i rocznej gwiazdy naszej rodzinnej estrady, bywa dla mnie pełne niespodzianek.

Każdego dnia odkrywam na nowo kolory macierzyństwa i walczę o to, aby radość nie znikała z buziek moich dzieci. Niestety nie zawsze się to udaje. Zdarzają się takie momenty, gdy całe moje doświadczenie, każdy wypróbowany sposób nie działają, a ja tracę cierpliwość i wypadam z torów.

Oczywiście, że nie jestem z kamienia i zdarza mi się krzyknąć na swoje dzieci. Szczególnie wtedy gdy w głowie mam listę rzeczy do zrobienia, a moje słodkie dzieciaczki z uporem domagają się zainteresowania. Bywa, że moja cierpliwość i energia są na poziomie zero, a wtedy droga do rodzinnej awantury jest krótka i prosta.

Rozlane mleko, rozsypane chrupki, kolejna plama na bluzce, porozrzucane zabawki, ściana pomalowana kredkami, czy zerwana tapeta- jest wiele sytuacji, które wyprowadzają nas rodziców z równowagi.

Nasza cierpliwość ma swoje granice, a zmęczenie daje się we znaki. Kilkanaście razy przymykamy oko na wyczyny naszych pociech, jednak przychodzi taki moment, że zwykła błahostka, jest niczym góra lodowa z którą nasze opanowanie musi się zmierzyć. Niestety często przegrywa, a my znowu zaczynamy krzyczeć na cały głos…

Emocje górą, czyli rodzinny konflikt

Nagle wybuchamy i próbujemy ustawić nasze dziecko na właściwe tory, nierzadko z marnym skutkiem. Jesteśmy wściekli, krzyczymy coraz głośniej, rzucamy groźnymi hasłami w stronę zdezorientowanego malucha, a ten niczym niewzruszona skała dalej biega po pokoju. Oczywiście nie omieszkamy przypomnieć (po miesiącu zapomnienia), jakie zasady panują w domu, po to by nasze argumenty były jeszcze silniejsze.

Nasze bezbronne małe dziecko, które przed chwilą przytulało się do naszego ramienia, w tym momencie jest tarczą, w którą celujemy. Co się dzieje dalej pewnie każdy rodzic wie… Nasza frustracja rośnie, dziecko ląduje w swoim pokoju i uderza pięściami w drzwi. Mama już wypowiedziała tak dużo słów i tyle rzeczy przypomniała, że właściwie nie wiadomo, o co ta cała awantura i co dziecko zrobiło źle…

Dlaczego nie warto krzyczeć na swoje dziecko?

Czy u Ciebie wygląda to podobnie? Zdarza Ci się krzyczeć na własne dziecko z błahego powodu?

A przecież obiecałaś sobie, że następnym razem postąpisz inaczej. Dojrzalej i bardziej świadomie… W końcu sama dobrze wiesz, że to do niczego nie prowadzi i nie przynosi żadnych efektów. No może na chwilkę, kiedy to wystraszone dziecko w pośpiechu sprząta zabawki, albo posłusznie odkłada kredki do pudełka.

Nie wiem, jak Ty, ale ja nie lubię takich momentów. Czuję, że zamiast wygrać, to jestem największą przegraną bo dałam się ponieść emocjom. Pomimo tego, że dopięłam swego i moje dziecko zrobiło, to o co je prosiłam, to wiem, że to nic nie wniesie do jego wychowania. Zmiana zachowania jest w takich sytuacjach tylko chwilowa. Dlatego robię wszystko by nie dopuścić do podobnych sytuacji i nie krzyczeć na swoje dzieci…

Nie, nie chce być mamą której jest wszystko jedno. Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania, ale też nie chce odbierać radości, która towarzyszy odkrywaniu świata prze moje dziecko. Chce być mamą, która uczy swoje dziecko, daje dobry przykład i pozwala uczyć się na błędach.

Jako mama oczywiście wyznaczam granice i staram się ich bronić, ale nie oznacza to, że mam prawo do krzyczenia na swoje dziecko. Owszem zdarza mi się (na szczęście coraz rzadziej) podnieść głos i w porywie złości schować zabawkę do szafy. Ale kiedy po chwili mój synek smutnymi oczami patrzy na mnie i pyta się “dlaczego mamo na mnie nakrzyczałaś?”, To jedno wiem na pewno… Wiem, że dla tak małego dziecka, to że mama na nie krzyczy jest ciosem prosto w bezbronne serduszko. Bo przecież ten rysunek na ścianie miał być dla mamy, a tapeta i tak się urywała.

Jak opanować złość i przestać używać krzyku wobec dzieci

Takie chwile, pokazują mi, że jeszcze muszę się wiele nauczyć jako rodzic. Pokazują, że dziecko gubi się w naszym krzyku i nie rozumie, dlaczego mama się tak mocno rozgniewała.

Dlatego trzeba zastanowić się, czy rozgniecione chrupki są warte tego by nasze dziecko zamiast kochającej mamy ujrzało potworka? Potworka, który z nas wychodzi i dla którego najważniejsze są czyste podłogi i sprzątnięte zabawki. Ja zdecydowanie wolę być mamą, która pokazuje dziecku świat i w dyskretny sposób uczy je życia w dzisiejszym świecie. Bez używania wyższości, władzy i bez agresji.

Dlatego, kiedy czuję, że dopada mnie kolejny atak złości i mam ochotę krzyczeć na dzieci, to robię kilka głębokich wdechów i :

  • Wyłączam się. Mój mózg wchodzi w tryb oszczędzania. Odcinam się od hałasu, który zawładnął domem, tak jakbym nie widziała tego, co się dzieje. Ze stoickim spokojem np. szykuję kolację lub składam pranie. Zwykle w tym czasie moje emocje opadają, a ja bez złości mogę wytłumaczyć dziecku, co robiło źle. Oczywiście musiałam się tego nauczyć, po to by moje emocje nie były górą. Na parę minut zajmuje mózg czymś innym. Okazuje się wtedy, że dom się nie zawalił, a dzieci same rozwiązały konflikt między sobą. Okazuje się, że nie musiałam krzyczeć, grozić karą, czy rzucać gniewnych spojrzeń. Chwila bez mamy również dzieciom pozwoliła wrócić na właściwy tor.

 

  • Kiedy mój mózg nie może się wyciszyć, a złość sięga zenitu, to o ile to możliwe zostawiam dziecko/ dzieci pod opieką taty, babci, czy dziadka i jak wystraszony maluch uciekam do łazienki. Tam mam chwilę na wyciszenie, maluje usta, poprawiam włosy, albo siadam i płacze z bezradności. Zwykle jedno i drugie. A kiedy wychodzę już wiem, że muszę opanować siebie i sytuację.

 

  • Kiedy mój trzyletni synek zachowuje się niefajnie i dostaje małpiego rozumu, to nigdy nie mówię do niego: “jesteś niegrzeczny”, “jesteś niemiły”, “jesteś pyskaty”, czy “ale z ciebie złośnik/ agresor/ smyk/ łobuz”. Dlaczego? Bo to nie nasze dziecko jest złe, tylko jego zachowanie. Kiedy przykleimy mu łatkę “smyka”, “łobuza”, czy “złego brata/syna/córki”, to może okazać się, że nasze dziecko zacznie dążyć do tego, aby takim być. Będzie wypełniać swoją przypisaną rolę, niczym najlepszy aktor. również dlatego nie mówimy na dziecko niejadek – ale o tym w tym wpisie

https://pedagogwdomu.pl/niejadek-co-zrobic-gdy-dziecko-nie-chce-jesc/).

 

  • Kiedy mam zastrzeżenia do zachowania moich dzieci, szczególnie starszego syna, to zwracam się do nich w ten sposób: “Nie podoba mi się Twoje zachowanie” i zwykle to zdanie zamyka sprawę i nie muszę dodawać nic więcej. W odpowiedzi zwykle otrzymuje pełne zrozumienia słowa” dobrze, nie będę się już tak zachowywał”. Tak mój syn ma skończone trzy lata i dokładnie tak odpowiada. Jeśli mam ochotę ciągnąć mój wywód dalej, to dodaje: “oczekuję, że następnym razem postąpisz inaczej”, “oczekuję, że schowasz zabawki/ przeprosisz siostrę, wyrzucisz śmieci”. Na efekty nie muszę długo czekać bo moje dziecko, czuje się w pewien sposób zobowiązane do zmiany zachowania i naprawienia błędów czy szkód.

 

  • Jeśli dzieci kłócą się o zabawkę, książkę, czy pluszowego misia, to niczym strażnik Teksasu rekwiruję “kość niezgody”. Rzucam hasło, że od tej pory ja decyduje kto i jak długo się będzie nią bawić, a jeśli spór dalej trwa, to pozwalam dzieciom wybrać w co lub czym będziemy się bawić. W ten sposób zabawka, książka, czy miś odchodzą w zapomnienie, a mnie przestaje boleć głowa od hałasu. I co najważniejsze- nie muszę krzyczeć.

 

  • Kolejną zasadą, której się trzymam jest to, że nasza miłość do dziecka wszystkiego mu nie wynagrodzi. Należy pamiętać o tym, jak wielka jest siła naszych słów. Dlatego teraz, gdy dopada mnie złość staram się mówić o tym, co mi się nie podoba i jakie są moje oczekiwania.

Nie muszę już krzyczeć bo mam lepsze sposoby na rozładowanie złości

Chociaż jestem z wykształcenia pedagogiem i w pewien sposób jestem przygotowana do pracy z dziećmi, to i tak są momenty kiedy gubię się w tym całym macierzyństwie i sama jestem na siebie zla. Jednak nie staram się być na siłę mamą idealną. Mam dni, kiedy wszystko idzie sprawnie, a dzień mija na wspólnej zabawie i przutulankach. Ale zdążają się też takie momenty, kiedy wszystko nie jest tak, jakbym tego chciała. Moje nerwy drgają niczym struna w gitarze. Nie potrafię wtedy cierpliwie czekać kilkanaście minut, aż moje dziecko usiądzie do śniadania, czy założy samo buty i czapke.

Czasami zdarza mi się podnieść głos na swoje dzieci. Bywam zła, zmęczona i nie jeden raz zbyt szybko ulegam emocjom. Już wiem, że nie muszę być tylko i wyłącznie mamą, która jest cierpliwa, spokojna i nigdy się nie denerwuje. Oczywiście, że radość i szczęście naszych dzieci są najważniejsze, ale to nie oznacza, że rodzic musi ukrywać własne uczucia. Najlepsza mama to taka, która jest szczęśliwa, spełniona i nie obwinia się za każdym razem, gdy dopada ją złość. Jednak nie oznacza to, że możemy własne emocje wyładowywać na dziecko i krzyczeć na całe gardło, albo rzucać talerzami. Ważne, aby zrozumieć własne uczucia i nauczyć się je wyrażać w odpowiedni sposób. Bez szkody dla dzieci i rodziny.

Jeśli chcesz poczytać na ten temat więcej, to zajrzyj do tego wpisu:

https://pedagogwdomu.pl/jak-opanowac-zlosc/ .

 

Albo poczytaj również o asertywności

https://pedagogwdomu.pl/asertywnosc-jak-sie-zachowywac/

 

i o tym, jak radzić sobie z agresją u dzieci:

https://pedagogwdomu.pl/agresja-u-dziecka/ .

1 thought on “Dlaczego nie warto krzyczeć na swoje dzieci?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *